NFL
– Ula była wtedy dla mnie łaskawa i niemal każdego wieczoru zapraszała do naszego mieszkania gości. Oni się upijali, a ja im tylko podawałem butelki, sam nie biorąc do ust ani kropli. Wszystko po to, by nasycić się tym widokiem i wystawiać swój umysł na próbę. Obserwowanie ludzi pijących, nietrzeźwych, upodlonych i w dużej mierze żenujących było dla mnie najlepszą terapią. Ludzi, którzy staczają się na dno, ludzi, którzy sięgają po alkohol dla przyjemności, a w konsekwencji robią pod siebie, rzygają i pieprzą się po kątach. To było jak przejrzenie się w lustrze, jakby mi ktoś dał w ryja – wspominał Michał Urbaniak. Więcej w komentarzu 👇👇👇
To była kontrola na każdym kroku. Nawet goląc się, uważałem, żeby przypadkiem woda kolońska nie kapnęła mi do ust”
sceny wyruszała za pieniędzmi do Skandynawii, która wypełniała muzyką swoje tancbudy i bary. Ale Szwecja w połowie lat sześćdziesiątych była martwa. Nie doświadczało się czegoś takiego jak tłok i ruch. Oprócz gościnności Szwedów to nie działo się tam nic ciekawego. Nie był to kraj do życia na stałe, przynajmniej nie dla mnie. Panowała ogólnokrajowa kultura i przesada w przestrzeganiu dobrych manier. Do wszystkiego podchodzono na spokojnie i z umiarem. Kraj z tysiącem zasad. Nowy Jork, który zastaliśmy parę lat później, był całkowitym przeciwieństwem Szwecji. Ludzie nie czuli się tam bezpiecznie. Ula była przerażona, a mnie ten tygiel, zgiełk, hałas fascynowały i zachwycały. W Nowym Jorku jest życie, które mnie napędza. Tylko na ulicach Manhattanu zobaczysz tak spektakularnie rozproszone światło, bez ostrych cieni. A do tego dźwięk klaksonu, który nigdzie indziej nie brzmi tak jak w Nowym Jorku. Cisza w Szwecji zamęczyłaby mnie na śmierć!*
Wróciliście do Polski w 1969 roku i dwa lata później z nowym zespołem nagrałeś płytę Live Recording wydaną przez Muzę Records. Do tego występ na Jazz Jamboree.
Powrót do Polski po wielkich triumfach w Skandynawii był porażką. Chyba nikt z nas nie spodziewał się takiej reakcji. Zaczęły się komentarze, że Michał Urbaniak jest skończony. Mój stan psychiczny i zdrowie były w coraz gorszym stanie. Czułem się wrakiem człowieka. Moje granie było bez polotu i werwy, coraz bardziej nijakie. Zapijałem ten stan. Koledzy i ludzie, którzy mnie otaczali, widzieli, że nie radzę sobie z alkoholem, co nie przeszkadzało im pić na mój rachunek. Alkohol paraliżował muzykę i moją głowę. Moje życie i kariera zaczęły się walić. Wszystko przez alkohol, który wziął mnie w swoje władanie. Sugerowano mi, żebym poszedł się leczyć albo wszył sobie coś, co mogłoby zabić tego pasożyta, ciągle domagającego się wódki. Chciałem zabić w sobie ten nałóg, miłość do upijania się. A kiedy wyobraziłem sobie rozpacz mojej matki, zacząłem płakać. Nie chciałem umierać przed trzydziestką. Doskonale rozumiem te dzieciaki, które faszerują się narkotykami i topią w alkoholu po każdym zagranym koncercie; czasem na smutno, czasem z radości i euforii, czasem, bo tak wypada, a czasem, bo tego potrzebują. To jest świetny dodatek do podbicia tego stanu, który tworzy się przy okazji grania. Tylko że ten dodatek pozornie wydaje się uniesieniem, a w rzeczywistości spadamy na dno.